9 Sierpień 2011

po kostki w morzu

- autor: sintheab

Nierealne uczucie. Słońce zachodzące za wyspami greckimi. Komary kąsają niemiłosiernie. W tle szum fal morza egejskiego… i ten specyficzny zapach ryb, mauż i glonów unoszący się w powietrzu.

I ja stojąca w morzu, po raz pierwszy w tym sezonie, tylko po kostki, ale to już coś.

I te  koszmarne komary, co odbijają mi się od twarzy, wpadają do nosa. Irytujące ale miłe, bo morze uspokaja, nawet jeśli tylko po kostki…

18 Marzec 2011

kryzys w branży, trzęsienie ziemi bądź zwykłe pominięcie mojej osoby

- autor: sintheab

Pomimo niepewnej sytuacji nadal kotłującej się nad moją głową, dziś odczułam przypływ energi, sił i nadziei. Możliwe, że za sprawą suplemetu diety magicznie poprawiającego koncentrację i takie tam, ale również możliwe, że dzięki pewnym skromnym wydarzeniom, jakie miały ostatnio miejsce.

Przede wszystkim szybko zaczynam narzekać, gdy nic sie nie dzieje. To też moja radośc była nie do opisania, gdy coś się ruszyło w kwestii zawodowej. Juz pisałam o propozycji wyjechania na staż do Londynu, jak również na sezon do Alanyi. Jednak mój sceptycyzm, obsesje i paranoje wzięły górę nad rozsądkiem i przekonałam sama siebie, że staż nie wypali, bo w autokarze nie będzie dla mnie umowy, więc wrócę do domu, natomiast propozyja sezonu w Turcji zostanie wycofana ze względu na kryzys w branży, trzęsienie ziemi bądź zwykłe pominięcie mojej osoby w rozplanowywaniu sezonu letniego.

A tu niespodzianka. Całość układa się obiecująco. Nie dość, że otrzymałam maila od sporego biura podróży z propozycją rezydentury m.in. w Turcji, TunezjiGrecji bądź Bułgarii, jak również zostały tam umieszczone oferty dodatkowe do tak boskich miejsc jak Kreta i SantoriniSANTORINI!!!!!…to jeszcze moja bliska Dobra Dusza pilocka przekazała cynk w sprawie kolejnego biura poszukującego pewnych i sprawdzonych ludzi do Turcji.

Mniej więcej w tym samym czasie odebrałam telefon od miłej pani o radiowym głosie z biura, które wysyła mnie do Londynu, w sprawie potwierdzenia danych osobowych do wyczekiwanej tak intensywnie umowy. Jednocześnie przekazała mi radosną nowinę, że kierowca z którym jadę, robił te trasę wielokrotnie, wiec nie mam co sie martwić. Czyli nadgorliwe pilonawanie trasy automatycznie odpada i pozostaje tylko skupienie się na młodych turystach i ogólnej organizacji. (I nie wiem czemu zaskoczyło mnie, że z kobietą rozmawiało mi się przyjemnie, uprzejmie, o konkretach i wszystko zostało mi ładnie wyjasnione, podczas gdy poprzednie rozmowy w sprawie Londynu przeprowadzane przez pana nie wniosły nic poza rozdrażnieniem i niepewnością)

Jakby szczęścia było za mało zlokalizowałam dziś biuro, w którym mogę się ubezpieczyć od OC – niełatwe zadanie, gdyż wszelkie adresy odnalezione w necie, jak również numery telefonów i maile są nieaktualne. Do tego przemiłe panie w Urzędzie Marszałkowskim oświeciły mnie, że nie muszę się martwić opóźnieniem we wprowadzeniu rozporządzenia dotyczącego usług turystycznych, że za dwa tygodnie mogę juz sie dopytywać o brand new identyfikator oraz że nie muszę im nic płacić, co jest najlepszą informacją, biorąc pod uwagę pustkę i echo działające w moim portfelu.

I na samym szczycie czynników umieszczających uśmiech na mym licu jest mail od starego, dobrego pracodawcy, co bym przesłała im dane z paszportu, w celu załatwienia wizy do Turcji.

Głeboki oddech. Wypuszczamy powietrze. Alanya nadal aktualna.

Na przyszłość – trochę więcej wiary w siebie.

Poniżej linki do stron o Santorini – kolejne marzenie na liście:

Santorini

Santorini

Santorini

 

 

3 Marzec 2011

Głęboka, ciemna dupa…

- autor: sintheab

Nadszedł marzec, a wraz z nim sporo zmian…w postrzeganiu pewnych spraw. Przede wszystkim uległy wyjaśnieniu bardzo istotne kwestie, więc po części mogę spać spokojnie. Fakt, że nadal nie sypiam, to już zupełnie inna para kaloszy. Sumienie nie próżnuje i skutecznie nawiedza mnie w godzinach nocnych, nachalnie przypominając o wielu niedokończonych projektach, które odkładane w czasie mogą teraz nie zostać ukończone. I w tym przypadku wina leży tylko i wyłącznie po mojej stronie.

Ale zamiast rozpoczynać cykl użalania się nad sobą, należy znaleźć pozytywne aspekty zaistniałej sytuacji. Otóż, jak długo żyję na tym świecie, zawsze lepiej i skuteczniej pracowało mi się gdy miałam nad sobą bicz, dead line, pluton egzekucyjny i gdy siedziałam po uczy w głębokiej, ciemnej dupie. Tak jak teraz.

Moje położenie w głębokiej, ciemnej dupie wygląda następująco:

Wzięłam sobie trochę wolnego, żeby ukończyć mgr, której nie ukończyłam z wielu względów, m.in. wyjazdy do Londynu, notoryczne napady lenistwa, rezygnacja, dostęp do internetu, zmiana koncepcji pracy i zaczynanie wszystkiego  z zupełnie innej strony.  Ostatecznie dotarło do mnie, że mam niecały miesiąc, by dokończyć mgr na tip top, gdyż w przeciwnym razie nie będę mogła przygotować się do wyjazdów.

Czyli druga część głębokiej, ciemnej dupy: przygotowanie trasy autokarowej. W życiu tego nie robiłam, poza czasami kursów i egzaminów na pilota, ale to się nie liczy. Starzy wyjadacze pewnie się obruszą i prychną, że to tzw pikuś i robię raban z niczego, lecz niech sobie przypomną swoje początki, kiedy to nie byli pewni, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem.Do tego wypadałoby się wykuć historii Wielkiej Brytanii (+ polityka, gospodarka, ekonomia, stosunki międzynarodowe, geologia, flora, fauna, sztuka, kultura, religia, struktura społeczna, edukacja i cała reszta badziewia, o które turysta, bądź nauczycielka może zapytać)  a to nie jest cienka książeczka.

Ciąg dalszy głębokiej, ciemnej dupy rysuje się następująco:  moje ukochane biuro w końcu mi odpisało i po wyjaśnieniu kwestii “dlaczego tak długo” i “czy o mnie zapomnieliście”, zadeklarowałam się na cały, gorący sezon turecko-objazdowy – tym razem ma być “Analia” ;) czyli Alanya . Jeszcze nie chłodzę szampana,ponieważ naznaczona przykrym doświadczeniem sprzed kilku miesięcy wolę poczekać, aż obietnice się spełnią. Ale wolno mi się trochę cieszyć. Tylko trochę, bo dupowatość owej sytuacji polega na konieczności przygotowania się do tras, których wcześniej nie robiłam. Tak wiec kwiecień to czas zasypiania z językiem tureckim na uszach, a dni wypełnione katowaniem Syrii i Turcji Wschodniej.  Miejsca, które od dawna pragnęłam odwiedzić znajdują się teraz niemal na wyciągnięcie ręki. Boje się, że może okazać się to tylko snem.

Tak więc głęboka, ciemna dupa przytłacza mnie, powodując na zmianę zniechęcenie i pełną mobilizację. Czas pokaże, która opcja wygra…

26 Luty 2011

“Uczciwość” pracodawcy

- autor: sintheab

Ani chwili wytchnienia.  Jak świat długi i szeroki, jak życie ciężkie i skomplikowane, tak często, a wręcz nagminnie spotykamy się z nieuczciwością, nieszczerością, krętactwem, manipulacją, niedopowiedzeniami i wszystkimi innymi przymiotami powodującymi mdłości.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że tak już jest i sytuacja raczej nie ulegnie zmianie, lecz nadal zaskakują mnie pewne wydarzenia, które mogłyby odbyć się lekko, łatwo i przyjemnie, a właśnie przez owe przymioty wszystko dzieje się zupełnie niewłaściwie i nieodpowiednio.

W czym rzecz?

Jakiś czas temu zgłosiłam się na staż, bezpłatny, lecz dający mi ciekawy wpis w CV, świadczący o różnorodnym doświadczeniu. Staż, co prawda, skierowany był w głównej mierze do osobników początkujących w mojej dziedzinie, a ja do nich już nie należę, lecz po skrupulatnym przekalkulowaniu, doszłam do wniosku, iż opłaca mi się podjąć wyzwanie. Była to jedna z decyzji, jaka ma mnie zaprowadzić na bardziej samodzielne, szerokie wody branży, w której możliwe, że odnajdę się prowadząc też własny biznes. Kto wie?

Na staż zostałam przyjęta, nastąpiła miła wymiana maili, potem cisza, ale nie niepokojąca. Wydawało się, że wszystko jest jasne, gdyż w ciągu kilku tygodni miałam otrzymać maila ze szczegółami.

Maila nie otrzymałam, za to zadzwonił telefon z biura z pytaniem, czy w ramach stażu, nie mogłabym pełnić jeszcze dodatkowej funkcji (oczywiście bezpłatnie)? Zgodziłam się, gdyż w rozmowie otrzymałam informacje sugerujące, że tak funkcja to tylko na papierze i za nic więcej nie będę odpowiedzialna. Wszystko wyglądało wspaniale, kontakt osobisty, uzgadnianie, może lekka nutka lekceważenia w głosie, bądź to tylko moje czepliwe wrażenia.

Podczas rozmowy zapytałam o jeszcze jedną kwestię, która wydawała mi się wręcz oczywista, a nie została poruszona wcześniej. Skoro obiecano mi referencje po odbyciu stażu, to rozumiem, że podpiszemy także umowę. Mój rozmówca był zdziwiony.- Jak to, umowę? Po co? Na kilka dni? My takich rzeczy raczej ze stażystami nie robimy. – Oni jadą z grupą młodzieży w wielogodzinną podróż przez kraje europejskie, za darmo, bez żadnej umowy. Aha…!!!!!!!!!!!????????????!!!!!!!!!!…Ale, przepraszam, że jak? Poinformowałam w takim razie uprzejmie, że ja bez umowy nie pojadę. (Darmowy staż, polegający tak naprawdę na wykorzystaniu nowicjusza do brudnej i odpowiedzialnej pracy, to typowy chwyt, lecz niech zostaną zachowane chociaż pozory uczciwości i właściwej organizacji). Pan z biura zgodził się na warunki, pożegnaliśmy się i znów nastąpił moment ciszy w eterze.

Aż do dzisiaj. Ponownie otrzymałam telefon z biura. Proszono mnie bym podpisała dokument, lecz nie do mojego stażu, ale tej dodatkowej funkcji, którą zgodziłam się pełnić. Jako, że wcześniej nie pracowałam w takiej roli, postanowiłam, dla czystego sumienia, upewnić się czy na pewno nie będę, podpisując ów dokument, odpowiedzialna cywilnie za grupę młodzieży. No i jakież było moje zdziwienie gdy w słuchawce usłyszałam speszenie zmieszane z podśmiewaniem się, bagatelizowaniem i niepewnością. Czyli oficjalnie to ja, w razie jakiejś szkody, zbieram baty, choć tak naprawdę nie muszę pilnować dzieciaków by poszły o przyzwoitej porze spać. Hmm, och,  jak niefortunnie! Więc powinnam wykupić sobie OC.

Dalej drążę. A co z umową? – No jeśli muszę mieć umowę, to możemy podpisać – jakby z łaską słyszę w słuchawce. – Czy ja chcę wolontariat, czy umowę zlecenie? – Nadal nie ogarniam tej rozmowy, szczególnie gdy słyszę, że według opinii mojego rozmówcy, bardzo przeżywam ten wyjazd.

Od kiedy bycie odpowiedzialnym i sumiennym jest źle widziane u pracodawcy? Chęć podpisania umowy to nie jest nadgorliwość tylko profesjonalizm i znajomość realiów. Dlaczego podczas tych rozmów poczułam jakbym zbytnio się czepiała nieistotnych szczegółów?

Proszę pamiętać o śpiworze – Jakim śpiworze? – No, przecież pisałem Pani w mailu. – Nie, nie pisał Pan.

To ja się domagam profesjonalizmu i odpowiedzialności. To ja się domagam informacji i odpowiedzi na każde, nawet najbardziej szczegółowe pytanie odnośnie trasy, bo mam do tego prawo. I przede wszystkim, domagam się umowy, żeby być zabezpieczoną tym świstkiem papieru, gdy jadę autokarem z kilkudziesięcioma niepełnoletnimi turystami. Bo to nie jest moja prywatna wycieczka, a gdyby była to nie zrobiłam bym jej za darmo.

Czy trudno od początku stawiać sprawę jasno i uczciwie? Na zasadzie – jest tak i tak, czy może pani pełnić dodatkowo taką a taką funkcję, lecz proszę pamiętać że przyda się przy tym OC; umowa będzie czekała na panią w autokarze, a jej wzór prześlę wcześniej mailem, do wglądu.

Zamiast tego, słyszę, że wypadki, w których przydaje się OC, zdarzają się jeden na milion.

Tfu tfu, żeby nie wykrakał, nikomu nie życzę.

To nie jest poważne.

21 Luty 2011

Pokolenie bez etatu wg Wysokich obcasów

- autor: sintheab

Na lutowy wypad do Londynu zabrałam dwie książki: Kathy Reichs “Poniedziałkową żałobę – kryminalne przygody wybitnej pani antropolog – to już trzecie dzieło owej autorki, na które się skusiłam i w tym przypadku po przeczytaniu bez żalu pozostawiłam je w Kingston ; coś na oczyszczenie sumienia, czyli “Piękno w kulturze ponowoczesnej” Justyny Ryczek – oczywiście nie tknęłam palcem, więc sumienie pozostało skażone; oraz ukochane Wysokie obcasy, w szczególności ze względu na pewien artykuł, który skusił mnie tytułem oraz wstępem.

Czas dorwania się do artykułu nadszedł dopiero w drodze powrotnej, kiedy to z lampką białego wina, zasiadłam na pokładzie promu i w ramach relaksu otworzyłam magazyn na wyczekiwanym tekście. I jakież było moje zdziwienie kiedy czas relaksu nie nastąpił. Zamiast lektury o sytuacji młodych ludzi, przed lub po trzydziestce, wykształconych na studiach humanistycznych (tak jak ja), ale często bez perspektyw, o ile nie posiada się zaplecza pod postacią pieniędzy bądź znajomości, bez szans na umowę o prace, za to z gwarancją ciągłej walki, szarpaniny i wstydu życiowego, zamiast wnikliwej analizy w ramach odpowiedzi na list  Humanistki 27, przeczytałam kąśliwe, wydumane odpowiedzi pani psycholożki /psychoterapeutki, która zbagatelizowała problem, ba, nawet po części obwiniła młodych humanistów za ich status quo. Do całego zniesmaczenia wywołanego formą wypowiedzi pani fachowiec, dodajmy jeszcze nieumiejętność czytania tekstu ze zrozumieniem i  brak zdolności udzielania odpowiedzi na zadany temat, i będziemy mieli nakreślony ogólny obraz problemu.

Wywiad sprowadzał się do przydługich rozważań nad precyzyjną definicją niedefiniowalnych jednoznacznie określeń  “przyzwoitej pracy”, “satysfakcji”,  “godziwego życia”. Tak to odebrałam. Jednocześnie jako brutalne i niesprawiedliwe. Czy pani psycholożka cierpiała przypadkiem na łatwy start w życiu? Jeśli nie, to dlaczego jej  “fachowe” wypowiedzi na to wskazują? Zamiast udzielać odpowiedzi konkretnej, dogłębnie analizującej okiem znawcy problemu, pani jest łaskawa stosować zabieg “pytaniem na pytanie”. Szanowna Pani, to są uniki! Czy wynikają z niewiedzy?

Wiec czytam artykuł, zdanie po zdaniu i moja irytacja wzrasta. Przecież list Humanistki 27 dotyczył problemu otrzymania pracy na umowę o pracę, dzięki czemu posiadamy coś tak magicznego jak świadczenia, ubezpieczenie, składki na emeryturę, a czego nie otrzymamy pracując na umowę zlecenie. I o tym właśnie pisała autorka listu, tego właśnie dotyczył problem, z którym pragnęła się podzielić z czytelniczkami Wysokich obcasów. A tu, zamiast konkretnej rozmowy na temat, spotkałam się z agresją pani psycholożki, która możliwe, iż  wynika z kwestii osobistych, bo minęła się z zadanym tematem, skupiając się na pretensjach do młodego pokolenia, które to śmie narzekać, że jest źle.

Kolejna sprawa – skoro pani specjalistka nie rozumie słowa teraz w odniesieniu do felietonu Joanny Szczepkowskiej, to już pędzę z wyjaśnieniem. Otóż tak, kiedyś było inaczej. Stąd też ironiczne cytowanie pod kątem dawniejszych czasów “Czy się stoi czy się leży tysiąc złotych się należny” . A teraz jest wyścig szczurów, walka okrutna i bardziej nieuczciwa, i w większym stopniu niehonorowa niż kiedyś, bo teraz to nikt się w etykietę i pozory nie bawi, z czym wiąże się zanik kultury. Nie chodzi o to, że nowe pokolenie humanistów chce coś za nic, lecz dostrzega zwyczajnie problem z zatrudnieniem na godziwych warunkach, które umożliwią mu start w życiu zawodowym i jednoczesne czerpanie nikłych korzyści ze świadczeń oraz zapracowanie na jako taką emeryturę.

Moment kulminacyjny mojej irytacji nastąpił gdy pani psychoterapeutka ( ponoć psychologia w naszym kraju stoi na bardzo niskim poziomie i nie wspominam o tym, ze względu na przeczytane statystyki, tylko z powodu wywiadu środowiskowego, ale to już na inną notkę) ponownie nie zrozumiała tekstu pisanego i zinterpretowała fragment listu:  “Uniwersytety i uczelnie kształcą humanistów na pęczki, potem nie mamy co z sobą zrobić w życiu” jako pretensje, że jest się po studiach “przymusowych” a nie ma się pracy. Nie pomyślała najwyraźniej o problemie systemu nauczania, który nie przygotowuje do wykorzystania zdobytej wiedzy w biznesie, co czynią uczelnie na zachodzie. Oprócz teorii, studenci powinni mieć sposobność zapoznania się z możliwościami jakie daje im zdobyte wykształcenie,  z sytuacją na rynku pracy, powinni mieć dostęp do praktyk. Tak, tak, zaraz ktoś wykrzyknie, że przecież na studiach są praktyki i staże – ale jakiej jakości? Osobiście, ze studenckich praktyk, pamiętam bycie traktowaną jak 5 koło u wozu i przez 2 tygodnie zrobiłam  bardzo niewiele (o zdobytej wiedzy i doświadczeniu nie ma co wspominać) – oprócz napisania jednego wstępu do wystawy, który został później opublikowany, ale jakimś cudem nie pod moim nazwiskiem. Co mi dały praktyki? Nic! Więcej zyskałam na stażach i praktykach, które załatwiłam z własnej inicjatywy.

I na koniec, obuchem w twarz, czyli stwierdzenie, że przebojowość kojarzy się pani psycholożce z np telemarketingiem i jako pacyfistka, jak słyszy w telefonie namolnego sprzedawcę to ma “ochotę wyrzucić komórkę z wysokiego piętra dziesięć razy dziennie”. Ja, osobiście, w ramach zamiennika, proponuję pani terapię u porządnego psychoterapeuty i uświadomienie sobie, że ta przebojowość to konieczność, choć często udawana, że niejednokrotnie jej źródłem są ci “nieszczęśni” humaniści w okolicach trzydziestki, którzy starają się wybić choć trochę na powierzchnię, i że znowu minęła się pani z sensem pytania.

Na koniec: Humanistko 27 ! Uszy do góry.  Sama nie jesteś i inni też dostrzegają ten problem. Bądź przebojowa, szukaj przyzwoitej pracy, która da Ci satysfakcję oraz perspektywę godziwego życia. Aż do skutku.

 

PS Rozumiem, że każdy ma prawo do interpretacji tekstu, lecz dlaczego w naszej, polskiej mentalności zalęgło się doszukiwanie tego co złe, czepianie się, obwinianie i bagatelizowanie? Chyba nie poznam odpowiedzi na to pytanie, bo sama reprezentuje ów typ usposobienia, choć bardzo staram się z tym walczyć.

Pozdrawiam

2 Luty 2011

wena

- autor: sintheab

Nadchodzi zazwyczaj pod prysznicem. Niedługo dojdzie do tego, iż w desperacji wyremontuję łazienkę z wodoodpornym “kompjuterem” zainstalowanym zaraz obok wodnego masażera. Ale do rzeczy. Pod prysznicem…Wtedy wiem co powiedzieć, co napisać, jaki użyć kolor, jakie zastosować narzędzie, jak zmieszać farby.

Lecz potem następuje ten smutny moment ostygnięcia weny,zaraz po wyjściu spod prysznica. No i koniec. Nie wraca. Na nic się zdaje intensywne wertowanie katalogów pamięci. Stracone.
Lecz straszliwsze momenty nadchodzą gdy nagle, tak niespodziewanie, po otrzymaniu zlecenia, mi się zwyczajnie nie chce. Ale nie chodzi o to, że mi się w ogóle nie chce.  Mi się tylko nie chce robić tego co muszę.
Czyli: jak ma być grafika, rysunek, logo czy inne cuda wianki to wtedy pisałabym najchętniej wiersze, bajki i legendy. I na odwrót. Gdy nadchodzi czas precli to największą mam chęć aby te precle zwyczajnie narysować. Ot co!
2 Październik 2010

tureckie wrześniowe widoki 2010

- autor: sintheab

Krótko, ale przyjemnie, skutecznie, bezpiecznie i szczesliwie. Super ludzie, sprzyjająca pogoda. Kolejny raz osiągnięte wewnętrzne potwierdzenie tego co kocham w życiu robic. Spokój i równowaga. I, przede wszystkim, epicka nuda. Uwielbiam to. Kiedy wracam do domu i mam tak mało do opowiedzenia. Bo przygody kojarza sie zazwyczaj z czyms niebezpiecznym, z problemami, które trzeba rozwiazac, z walącym się, na łeb i szyję, programem, ze szpitalem, z opóźnieniami, z nerwami, a wręcz awanturami. Wiec preferuje nude. Spokój, ten najświętszy. Do tego sprawnie wykonany program (z tym już trochę gorzej, bo przecież “turecka męściźna” nie jest stworzona do efektywnej i efektownej pracy, tylko do sprawiania pozorów, ale narzekać nie będę). I życie toczy się dalej. Teraz nadszedł czas na to, by skupić się na planach krótkoterminowych. Zamknąc dawno temu otwarty rozdział. I podążać dalej. Przed siebie. Nie odwracać się. I sporządzić nową listę marzeń.

Stambuł - chłopcy do obrzezaniaStambuł - Hagia Sophia
pies w Pamukkale
Pamukkale
Stambuł - Grand BazaarStambuł
Stambuł - Sultan Ahmet
KapadocjaKapadocja
KapadocjaKapadocjaKapadocja
PamukkalePamukkale

2 Październik 2010

Midas

- autor: sintheab

Moj aktualny status finansowo-spoleczny sprzyja kreowaniu obsesji. I wlasnie się objawiła, we snie. Obsesja wyraźna, draźniąca i niemal namacalna. Złoto – całkiem skutecznie zamienialam wodę w złoto. Woda w “tulipanowych” szklaneczkach. A co ze złotem? Wymienialam na pieniadze i umieszczalam w banku. Bylo wiele kont. Konto na remont, na rachunki, na sprawy codzienne i nawet konto “do Japonii”. Planowalam pojechac do Japoni w celach zarobkowych i czesc pieniedzy ze złota byla przeznaczona na podróż. Niestety owo “japońskie konto” zostało mi odebrane. Nie mogłam wypłacic pieniedzy, bo sie dowiedzieli, ze jest luka w całym procesie i te pieniadze mogą zbyt łatwo zniknąć. Ale były nadal pozostałe konta. Ok 40tyś. Pewnie złotych, bo zazwyczaj snię w tej walucie. I chyba starczyloby na remont, ale mama coś nie była zbytnio przekonana czy tyle wystarczy.
Koniec chaosu.
40tys bo tyle do wygrania w Radiu Zet,
tulipanowe szklaneczki, to odniesienie do Turcji
Złoto – po ostatniej rozmowie o wzroscie cen złota
koniec analizy

Tagi: ,
5 Wrzesień 2010

„Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego

- autor: sintheab

„Co trzeba zrobić, żeby pojechać na wyprawę do tropikalnej puszczy, spotkać ostatnich wolnych Indian, zamieszkać pośród nich, zamiast majtek nosić przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywać strzelając z dmuchawki? Gdy ktoś mnie o to pyta, odpowiadam krótko: – Sprzedaj lodówkę i jedź! Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń.”

Spragniona ruszenia dupy sprzed komputera wyjezdzam do Turcji na dwa tyg. Kasa sie przyda, ale tak naprawde nie o to chodzi, bo zarobic mozna wszedzie. Prawda jest taka, że aż nie moge usiedziec w miejscu ze szczescia. Dwa tyg wolnosci i radosci z pracy. Jak zwykle jestem spakowana juz od kilku dni. Kocham te robote. Byle nie bylo zadnych zaklocen.

4 Wrzesień 2010

i od nowa…

- autor: sintheab

po licealnych blogach, pełnych “głębokich” przemyśleń, na temat niesprawiedliwości świata; uzewnętrznień odnośnie braku zrozumienia przez starszyznę, pełnych tekstów ukochanych piosenek; pasjonujących dyskusji, niepotrzebnych pretensji, docinek, a nawet kłótni, nadszedł czas na bloga…, który będzie ociekał zapewne dokładnie tym samym, z mała kroplą “dojrzałych” problemów “dorosłych” homo sapiens sapiens. czyli dodajmy do tego seks, bądź brak seksu; pracę, bądź stan bezrobocia; kłopoty finansowe, lub obezwładniającą radość z przypływu gotówki; wenę przy pisaniu mgr mieszającą się z doskwierającym lenistwem; doprowadzającą mnie do głębokiej depresji przypadłość, na którą cierpią bliżsi bądź dalsi znajomi, czyli zamążpójście/ciąża/rodzenie dzieci i inne takie…no podróże,sztuka, marzenia, perspektywy…bla bla bla…
PS. notka powyzej powstala dzien wczesniej, po tym jak zalozylam z nudow rzecz jasna, nowego bloga, z wiele mówiącą końcówką .com, lecz dzis, ponownie z nudów, odnalazlam zagubionego, porzuconego i zapomnianego bloga z dawnych czasow…hmmm… nawet nie wiedzialam ze takowy istnieje. jak zwykle malo ambitny, wrecz plytki, z wygladu kojarzacy sie ze “śłitaśną” focią.

ide zwymiotowac, i cos tu zmienic

 

ps. a następnie stworzyłam konto na wordpress i sie przeniosłam ;)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.